powrót do strony głównej


... Ponieważ jest niedziela, dochodzimy do wniosku, że na pewno uda nam się wymienić pieniądze w kantorze w porządnym hotelu, np. Sheratonie. Obawiamy się co prawda, że kurs będzie gorszy, ale nie mamy specjalnie wyboru. Okazuje się, że hotel ten jest całkiem niedaleko wybrzeża, i niedaleko od naszego YMCA. Bez trudu do niego trafiamy i rzeczywiście znajdujemy tu czynny kantor. W środku działa klimatyzacja i panuje przyjemny chłodek. Wymieniamy trochę gotówki, kurs jest tylko ciut gorszy od tego na lotnisku. Postanawiamy coś zjeść i to raczej nie w dużym hotelu, ale w jakiejś lokalnej knajpie. Chcemy w ten sposób jeszcze lepiej poznać ten kraj. Miejsce wybieramy z pomocą przewodnika. Przed hotelem stoją taksówki, wsiadamy do jednej z nich uzgadniając wcześniej cenę kursu z kierowcą. 1.000 szylingów to właściwa cena za kurs po centrum miasta - tak wyczytaliśmy w przewodniku. Kierowca jest bardzo miły, przedstawia się nam, udziela także kilku rad. Mówi żeby absolutnie nie wymieniać pieniędzy na ulicy, bo skoro jesteśmy biali to na pewno zaraz znajdą nas jacyś naciągacze, którzy zaoferują nam super atrakcyjną ofertę wymiany waluty. Niestety zapłacić zechcą nam na pewno fałszywymi banknotami. Dziękujemy za wszystkie rady. Na miejscu nasz nowy przyjaciel obiecuje poczekać na nas, pyta jak długo zamierzamy siedzieć w knajpie, ale dziękujemy. Chcemy po wyjściu jeszcze powłóczyć się po mieście i i mamy nadzieję, że mimo niedzieli uda nam się znaleźć jakiś środek transportu na północ kraju.
Na obiad jemy ryż z gotowanymi warzywami, ja nieopatrznie po raz pierwszy i ostatni zamawiam sok do picia. A tego robić nie wolno. Od tej pory bardzo uważam, żeby zamówić picie, które będzie podane w butelce zakręconej. I mimo że na co dzień nie pijam, bo nie lubię napojów gazowanych, tutaj często będę pić coca-colę. Właściwie cola i herbata parzona długo gotowaną wodą, to jedyne napoje bezpieczne.
Po obiedzie ruszamy w stronę naszego hotelu, trochę naokoło, przez centrum. Znajdujemy miejsce gdzie mieści się kilka przedsiębiorstw autobusowych. Wygląda to tak, że jest budka, w której można nabyć bilety na następny dzień na autobus do Arusha (w cenie ok. 8.000 tanzańskich szylingów). Tyle tylko, że trudno się dogadać z ludźmi sprzedającymi gdzie następnego dnia można znaleźć autobus, na który kupimy bilety. Wygląda na to, że kupno biletów nie jest problem i jeśli nawet przyjdziemy tu rano tuż przed odjazdem autobusu, to bilety kupimy. Na razie więc nie decydujemy się na zakup. Chcemy rozpatrzyć także inne możliwości.
Niestety linia kolejowa wiodąca na północ jest od jakiegoś czasu zamknięta. Zresztą pociągi jeżdżą tu wolno, ale za to podobno rzadko się spóźniają. Autobusy słyną z tego, że często się psują, jeżdżą wyładowane ludźmi i bagażami po brzegi. Poza tym kierowcy ścigają się i próbują pokonać często uczęszczaną trasę z Dar do Moshi i Arusha jak najszybciej, co oczywiście jest przyczyną wielu wypadków drogowych. Tanzania zresztą słynie z tego, że jednym z niebezpieczeństw na jakie narażony jest turysta, to właśnie wypadek drogowy.
Postanawiamy wrócić do naszego hotelu, żeby odpocząć, napić się czegoś. Po drodze zaczepia nas jakiś miejscowy, który próbuje wybadać czego możemy potrzebować. Bardzo chce nam pomóc. Oferuje także bilety na podróż do Arusha. Jest bardzo miły, ale my nie chcemy robić z nim interesów. I w żaden sposób nie możemy się go pozbyć. Próbujemy różnych sposobów, od łagodnej odmowy dalszej rozmowy, do zupełniej ignorancji. Idziemy nawet razem z nim do jego biura, gdzie nas serdecznie zaprasza, a mamy nadzieję, że jak tam nic nie kupimy, to da sobie z nami spokój. Trafiamy w miejsce, gdzie już byliśmy. Nasz towarzysz, to ewidentnie jeden z naganiaczy białych klientów. Nie dowiadujemy się niczego nowego, obiecujemy, że wrócimy tu, gdy zdecydujemy się na zakup biletu. Ponieważ wciąż nam towarzyszy, a my nie chcemy mu zdradzić gdzie mieszkamy - wtedy na pewno znaleźlibyśmy go rano czekającego przed hotelem z najlepszą ofertą na to, co właśnie chcemy, przynajmniej według niego, kupić. Idziemy więc w stronę naszego hotelu bardzo naokoło, zaglądamy nad zatokę, chwilę siedzimy na plaży. On cały czas nam towarzyszy. Opowiada o tym skąd wzięło się tu tak dużo hindusów, trochę o kolonizatorach i o budowie kolei.
W końcu mamy dość, uznajemy, że nie wygramy z jego cierpliwością i żegnamy go pod bramą YMCA. W małym pomieszczeniu, które służy za jadalnię kupujemy dwie butelki coli i zaproszeni dosiadamy się do stolika białej dziewczyny. Jest Holenderką. Studiuje ekonomię i odbywa tu praktyki. Ponieważ spędziła tu już kilka miesięcy, orientuje się w możliwościach podróżowania po Tanzanii. Poleca nam sprawdzone przedsiębiorstwo Scandinavian. Twierdzi, że bilety są tylko trochę droższe - kosztują 11.000 szylingów, za to podróż trwa 8-9 godzin, rzadko zdarzają się opóźnienia, a jeszcze rzadziej jakieś wypadki z udziałem tych autobusów. Pojazdy są sprawne, z radiową komunikacją i nie psują się po drodze, a kierowcy odpowiedzialni. Decydujemy odwiedzić ich biuro jeszcze dziś, i jeśli tylko uda nam się załatwić bilety - jutro ruszyć na północ, do Arusha. Zanim dopiliśmy colę, do jadalni wchodzi młody czarnoskóry chłopak. Wszystkie twarze tubylców są dla mnie (na razie) podobne, ale po bluzie poznaję, że to nasz ostatni opiekun. Wydawało nam się, że dość skutecznie pożegnaliśmy się z nim przed bramą. No cóż, może przyda się i wskaże nam drogę do biura, w którym jeszcze dziś chcemy spróbować kupić bilety, a musimy zacząć się spieszyć, bo ponoć zamykają je o 18. Bardzo chętnie godzi się nam pomóc, chyba liczy na jakiś zysk, bo prawie cały dzień stracił na włóczenie się z nami i trudno nam uwierzyć w takie bezinteresowne poświęcenie z jego strony.
W miarę możliwości kontrolujemy kierunek, w którym nas prowadzi. Z grubsza zgadza się z planem. Mijamy małe biuro. Na płachcie materiału napis głosi, że można tu nabyć bilety na autobusy Scandinavian. Wchodzimy po schodach na górę. Siedzi tam Murzyn z bloczkiem biletów i komórką. Pytamy czy ma dwa bilety na jutro. Dzwoni gdzieś. Ma, ale tylko jeden. Całość sprawia wrażenie mocno naciąganej gry. Wychodzimy. Dziękujemy za pomoc naszemu opiekunowi i postanawiamy sami znaleźć właściwe biuro. Próbujemy odnaleźć naszego zaprzyjaźnionego taksówkarza pod Sheratonem. Ale go tam nie ma. Jest jakiś inny, który oczywiście twierdzi, że jest przyjacielem tamtego i zawiezie nas wszędzie tam, gdzie zechcemy. Ustalamy miejsce i cenę. Za 1.500 szylingów zawiezie nas do biura Scandinavian. Szybko dojeżdżamy na miejsce. Prosimy, żeby na nas zaczekał, to wrócimy razem do hotelu. Mamy do wyboru dwie godziny odjazdu: 7:30 i 8:30. Wybieramy wcześniejszą. Bo w Dar i tak nic już nie zrobimy, a do Arushy lepiej dotrzeć jak najwcześniej, to może jeszcze uda nam się rozejrzeć choć trochę. Musimy tylko z tego powodu zrezygnować ze śniadania w hotelu, ale to przeżyjemy. Bilety są z rezerwacją konkretnych miejsc w autobusie. Dowiadujemy się jeszcze jak długo potrwa jutrzejsza podróż. Bardzo miła pani z kasy zapewnia nas, że w czasie drogi będą serwowane zimne napoje, że kierowca zatrzyma się kilka razy po drodze, a także będzie jeden dłuższy przystanek w porze lunchu. Całość wygląda bardzo wiarygodnie i następnego dnia mamy się stawić w tym samym miejscu kilkanaście minut przed odjazdem autobusu.
Wracamy z naszym taksówkarzem pod hotel i jeszcze umawiamy się z nim na następny dzień. Właściwie chcemy, żeby przyjechał o 7, ale prosimy, żeby był 10 minut wcześniej. Znamy już trochę sposób umawiania się z Murzynami i ich punktualność, a raczej jej brak.
Postanawiamy jeszcze zarezerwować sobie nocleg na ostatnią noc, kiedy to przyjedziemy tu, żeby rano odlecieć z Tanzanii. Poznana wcześniej Holenderka polecała nam stojący tuż obok hotel sieci YWCA. Jest tańszy od YMCA i podobno przyjemniejszy. Udajemy się tam. Niestety w terminie, który nas interesuje nie ma tam wolnych miejsc. Idziemy do jadalni, żeby zjeść kolację. Raczej pusto, ludzi niewiele. Pojawia się rodzinka białych z dwójką małych dzieci. Przyglądam się dziewczynie. Ma na sobie czysty podkoszulek i spodnie, które kiedyś były w kolorze piaskowym. Teraz są w atrakcyjny wzorek z plam. Ja dopiero przyjechałam do Afryki, po pierwszym dniu włóczenia się po ulicach wciąż mam czyste ubranie. Nawet nie przypuszczam, że za kilka tygodni ja też nie będę się przejmować przybrudzonymi spodniami, że wędrując w pogoni za małpami po tropikalnym lesie nie będę zwracać uwagi na mokry od potu podkoszulek.

Wracamy do naszego hotelu, tutaj rezerwujemy pokój na noc przed odlotem powrotnym do Europy, umawiamy się, że niewykorzystane 2$ za śniadanie (za pokój zapłaciliśmy 15$, w cenie było śniadanie) wykorzystamy przy okazji następnego noclegu.
Idziemy wcześnie spać, bo po nocy spędzonej w podróży w samolocie i dzisiejszym dniu - pierwszym dniu na Czarnym Lądzie, pełnym wrażeń zaśniemy na pewno szybko. Jeszcze tylko prysznic w łazience na korytarzu, ułożenie się pod moskitierą i... sen.

następnego dnia...


0  1  cdn...

do góry
powrót do strony głównej