powrót do strony głównej


... Jeszcze chwila lotu i lądujemy w

Dar Es Salaam.

Pierwszy szok przeżywam w momencie opuszczenia samolotu i przejścia przez rękaw. Powietrze jest ciężkie, wilgotne. Michał ostrzega, że tak już teraz będzie. Po całej nocy w klimatyzowanym samolocie, tu jakby nie ma czym oddychać. A na pierwszy rzut oka wydaje się, że wcale nie jest bardzo gorąco. Nie wiem czego mam się spodziewać dalej. Nie wiem jak przeżyję temperatury tuż pod równikiem, choć mam nadzieję, że ponieważ właśnie skończyła się tu pora deszczowa i zaczyna się tutejsza zima, to... nie będzie tragicznie.
Jest niedziela 14-ty dzień maja.
Jeszcze z Polski telefonicznie zarezerwowaliśmy w Dar dwa noclegi w hotelu z sieci YMCA. Dzięki temu, że recepcjonista z hotelu zaproponował nam przysłanie taksówki, wiemy do jakiej realnej kwoty możemy się targować zamawiając transport z lotniska.
Szybko kupujemy wizy we właściwym okienku i zanim odebraliśmy bagaż, z tłumu podróżnych wyławia nas człowiek, który oferuje nam taksówkę do centrum. Po targach dochodzimy do kwoty, która satysfakcjonuje obie strony - 8$.
Odbieramy nasze bagaże, jeszcze wymieniamy 10$, żeby mieć kilka miejscowych groszy. W tym czasie nasz opiekun znajduje swojego kolegę i wszyscy wsiadamy do taksówki.
Czytałam wcześniej, że w Tanzanii obowiązuje ruch lewostronny, ale teraz, gdy wyjeżdżamy na ulicę czuje się dziwnie nieswojo, gdy zajmujemy lewy pas. Jeszcze przez kilka pierwszych dni będę miała wrażenie, że kierowcy jeżdżą niewłaściwą stroną ulicy, a gdy przechodzimy przez skrzyżowania, nagminnie na nas trąbią, bo oglądamy się w złą stronę, oczekując samochodów z innego kierunku, niż one nadjeżdżają. Podobnie po powrocie do Europy, gdy wyjdziemy na ulice Zurychu ze zdumieniem stwierdzę, że jeżdżą tam samochody widma, dopiero po chwili orientując się, że kierowcy siedzą wewnątrz, tyle że po prawej stronie.
Z ciekawością obserwuję mijane ulice. Miasto wydaje mi się brudne. Wszędzie pełno śmieci. Zabudowania są niskie. Domy zaniedbane. Gdy zatrzymujemy się na światłach do okien samochodu podchodzą Murzyni oferując nam miejscową codzienną prasę, a także owoce. Nie zwracamy na nich specjalnej uwagi, na razie przyglądamy się miastu zza szyb samochodu i zdawkowo odpowiadamy na pytania naszych opiekunów, między sobą rozmawiając i wymieniając uwagi po polsku.
Taksówkarz zatrzymuje się przed właściwym hotelem. Nasi opiekunowie proszą, żeby zapłacić im w miejscowej walucie. Chcą 6.000 tanzańskich szylingów. Dajemy im 5.000. Ponieważ nie mamy drobnych, a oni nie mają jak nam wydać reszty, obiecują zgłosić się po brakujący 1.000 następnego dnia. Mają nadzieję, że skorzystamy z szerokiego wachlarza usług, który nam zaoferowali, począwszy od zwiedzania miasta, po zorganizowanie nam safari.
Na razie odmawiamy im jakichkolwiek szczegółowych ustaleń. Chcemy spędzić w Dar dzień, a może nawet dwa, rozejrzeć się po okolicy, poczuć kraj i jego mieszkańców.

Młody chłopak na recepcji daje nam klucz od pokoju. Przyjmuje opłatę tylko za jedną noc, sugerując, że może będziemy mieli ochotę zmienić plany i opuścić to miasto już następnego dnia. Zgadzamy się bez przekonania nie wiedząc jeszcze, że ma rację.
Zostawiamy bagaże w hotelu, przebieramy się w lżejsze ciuchy i ruszamy na spacer po mieście. W dłoni mamy przewodnik Lonely Planet po Tanzanii. Z tą małą książeczką nie rozstajemy się przez najbliższe dwadzieścia pięć dni. Dopiero ostatniego dnia zostanie spakowana do plecaka i nadana na bagaż.

Idziemy w kierunku centrum. Chcemy dowiedzieć się czegoś o tym mieście i kraju. Wymienić gdzieś pieniądze, znaleźć transport na północ, bo wiemy, że tam jest kilka miejsc wartych zobaczenia. Na ulicach białych nie ma prawie w ogóle. Zaczepia nas jakiś miejscowy proponując wymianę gotówki po dużo lepszym kursie niż ten na lotnisku. Ale ignorujemy go.
Trafiamy na

targ.

To miejsce, jak każdy afrykański targ ma specyficzną atmosferę. Choć zupełnie inne są targi w małych wioskach, małych miasteczkach, gdzie turystów spotyka się bardzo rzadko, a inne w mieście, które praktycznie pełni rolę stolicy państwa, gdzie jest duże lotnisko i właściwie większość turystów przybywających do Tanzanii trafia do Dar.
Stoiska są ustawione ciasno jedno obok drugiego. W miarę posuwania się wzdłuż nich, po zapachu można rozpoznać rodzaj oferowanego towaru. Na środku jest duży budynek, wewnątrz którego też odbywa się handel i jest to centralne miejsce targowe. Nie wchodzimy jednak do środka, bo wszyscy się nam podejrzanie przyglądają, ja mam na sobie krótkie spodenki, a jest tu dużo muzułmanów. Kobiety tutejsze chodzą szczelnie okryte i mój ubiór jest raczej nie na miejscu. Wycofujemy się więc nie robiąc nawet zdjęć, bo atmosfera jest wyraźnie napięta.

Ponieważ jest niedziela, dochodzimy do wniosku, że na pewno uda nam się wymienić pieniądze ...


0  1  cdn...

do góry
powrót do strony głównej