powrót do strony głównej


O Afryce

czytałam od dawna. Lubiłam ten kontynent i zawsze miałam nadzieję, że kiedyś będę miała okazję powłóczyć się po Czarnym Lądzie. Dość nieoczekiwanie okazało się, że moje marzenia mogą się spełnić. Wraz z Michałem korzystając z promocyjnej sprzedaży biletów lotniczych bardzo szybko podjęliśmy decyzję o wyprawie do Afryki. Naszym celem stała się

Tanzania.

W Afryce miałam być po raz pierwszy, a czasu na przygotowania mieliśmy mało.
W wolnej chwili przeszukałam internet pod kątem informacji o Tanzanii, jej mieszkańcach, szczególną uwagę poświęcając Masajom. Wiadomości nie było zbyt dużo, ale dawały obraz, czego można się spodziewać w kraju, w którym zamierzaliśmy spędzić niecałe cztery tygodnie. Swoją drogą - kiedy te wydruki i notatki znalazłam robiąc porządki w papierach już po powrocie z Afryki - odnajdywałam w nich zupełnie nowe treści. A część opisywanych obrazków była mi dobrze znana.
Lekarz, specjalista od chorób tropikalnych, do którego udałam się przed wyjazdem udzielił mi szeregu rad, jak należy się zachowywać na Czarnym Lądzie, czego unikać, jak się odżywiać, co pić, co jeść, a raczej czego pod żadnym pozorem jeść i pić nie należy. Zalecił też podstawowe szczepienia, a także przepisał tabletki antymalaryczne. Tabletki te były w oddzielnych listkach na każdy tydzień z zaznaczeniem dni tygodnia. To dzięki nim nie używając zupełnie kalendarza wiedziałam jaki jest dzień tygodnia, choć w Afryce przestaje to mieć jakiekolwiek znaczenie. Znajomość dat istotną stanie się w miarę zbliżającego się dnia powrotu - będziemy musieli zdążyć na powrotny samolot.
Do Dar Es Salaam lecimy przez Zurych.

13 maja wylatujemy z Polski

wczesnym popołudniem, a w Szwajcarii mamy kilkugodzinną przerwę w podróżowaniu. Wykorzystujemy ją na zwiedzenie centrum, a przed samym odlotem robimy jeszcze ostatnie zakupy w Europie. Wieczorem wsiadamy do dużego międzykontynentalnego samolotu, który nas bezpiecznie transportuje na Czarny Kontynent. Ja bardzo nie lubię latać i każde oderwanie się maszyny od ziemi jest dla mnie stresem. Stewardessy jednak dbają o pasażerów z uśmiechem podając coś do jedzenia i dużo soku do picia. Klimatyzacja bardzo wysusza. Rano jeszcze lądowanie w Nairobi. Tam godzinny postój. Wypełniony do ostatniego miejsca samolot bardzo pustoszeje. Większość pasażerów, zarówno białych jak i czarnych, wysiada w stolicy Kenii. Tutaj też do samolotu wchodzi czarnoskóra obsługa i nieco sprząta pokład zbierając nadmiarowe już teraz kocyki, poduszki i inne gadżety zostawione przez pasażerów. Po nocy spędzonej w pozycji siedzącej z radością wszyscy rozkładają się na kilku siedzeniach próbując nadrobić zaległości w spaniu. Jeszcze tylko, zaraz po starcie z Nairobi pilot ogłasza, że można podziwiać po prawej stronie za oknami szczyt Kilimandżaro, co powoduje, że większość pasażerów rzuca się do okien po tej stronie. Na szczęście samolot międzykontynentalny ze swoją masą nie jest wrażliwy na takie zmiany i przemieszczenia mas w środku, więc nie następuje gwałtowny przechył podłogi. Mijamy Kilimandżaro z jego białym, pokrytym śniegiem, szczytem i całkiem już spokojnie rozkładamy się na siedzeniach, żeby przespać się choć trochę.
Jeszcze chwila lotu i ...


1  cdn...

do góry
powrót do strony głównej